_________________________

FELIETON

Nieważne

Są w muzyce sprawy ważne i mniej ważne. Mnie interesuje to, co nieważne. To, co bez znaczenia, niekluczowe, nie ustanawiające nic. Wszystko, co wykracza lekkim gestem poza muzyczny znój, co wymyka się kandydowaniu, udowadnianiu, aspirowaniu, porównywaniu, poniżaniu, wywyższaniu. Wyjście poza obszar poważnych zainteresowań otwiera zainteresowanie tym, co małe, nikłe i bez rangi. Interesujące stają się feerie marginesu i fajerwerki peryferii. Odznaczanie poziomów, podnoszenie tego, co nie dźwiga ciężaru powagi, pielęgnowanie przywiązania do tego, co niezborne. Natarcia na miejsca, które nie stawiają oporu, wkraczanie w obszary niewymagające podboju. Przeniesienie zainteresowania z muzycznego mozołu w muzyczny muł. Penetrowanie i plądrowanie mielizn. Przemierzanie milimetrów monumentalnej bzdurności. Brwi wysoko i brwi nisko.

Interesuje mnie praca mięśnia marszczącego brwi i mięśnia unoszącego brwi. Milimetrowe ruchy niewielkiego mięśnia położonego bocznie od nasady nosa, który pociąga skórę w dół i dośrodkowo, dając dwie, może nawet trzy pionowe fałdy. Reakcje mięśnia marszczącego brwi nadają twarzy wyraz zgorszenia, złości, niezrozumienia, zniecierpliwienia. Można dotknąć. Inny mięsień unosi brwi. To mięsień potyliczno-czołowy. Daje kilka poziomych fałd na skórze czoła i nadaje twarzy wyraz zdziwienia, powątpiewania, pytania, niezrozumienia. Można dotknąć. Badanie palpacyjne obu w trakcie lektury pomaga rozluźnić oba. Miejsca ważne dla ciała, które uprawia muzykę i miejsca ważne w ciele uprawianym przez muzykę są spięte i zmęczone. Zmęczone są fałdy głosowe w fonacjach, zmęczone są mięśnie na instrumentach, zmęczone narządy słuchu po wykonaniach, zmęczone oczy w publikacjach. Wszystkiemu, co ważne w muzyce należy się odpoczynek. Peryferia ciała muzycznego pozostają za to rześkie i świeże pracując bez ciężaru ważności. Bez wagi znaczenia. Wnoszą do muzyki to, czego nie wypracuje dziesięć tysięcy godzin profesjonalnego napinania mięśni.

Interesuje mnie praca mięśni marszczących i mięśni unoszących brwi Marii Joao Pires podczas popołudniowego koncertu w 2009 roku z Concertgebouworkest w Amsterdamie prowadzonej przez Riccardo Chilly’ego. Wszystko, co naprawdę interesujące, dzieje się zanim Pires dotknie klawiatury, żeby wykonać koncert fortepianowy Wolfganga Amadeusza Mozarta. Koncert fortepianowy d-moll, który zaczyna grać orkiestra to nie ten koncert fortepianowy, który solistka spodziewa się usłyszeć siadając do fortepianu. Pires spodziewa się koncertu, który zapisała w kalendarzu, ale ten był już grany w poprzednim sezonie. Wiem, że dasz radę, mówi Chailly. Zrobię, co mogę, odpowiada Pires. Zanim zrobi to bezbłędnie, zanim zacznie się szlachetny mozół pracy mięśnia pamięci i mięśni wykonawstwa, mięśnie marszczące brwi i mięśnie unoszące brwi poruszą żyzny muł muzyki klasycznej. Nieważne ruchy bez przełożenia na dźwięk zdradzą kondycję muzyki między mięśniem pamięci, a wpisem w kalendarzu, między partyturą dyrygenta, a pustym pulpitem solisty, między turbiną orkiestry, a wolą wykonawcy pod presją publiczności, dyrygenta, sali koncertowej, afisza, kamer. W 2013 roku rejestracja koncertu z Amsterdamu przeżyje medialny renesans. Nieważne, że nagranie urywa się 45 sekund po tym, jak Pires zacznie grać. Genialnie. Nieważne, bo już wiadomo, że zagra. Bardziej interesujące jest to, co nieważne.

To, co w muzyce ważne i mniej ważne pokrywane jest na przemian szlachetnymi warstwami uwagi, analizy, teorii, krytyki, recepcji, interpretacji, produkcji. Co zaśniedzieje oblewa się lukrem, a zaschnięty lukier jest zlizywany. Zanim zaschnie ślina, powierzchnie posypuje się brokatem. Brokat przyklei się, więc można go zeskrobać. Zeskrobany zmieszać ze zmieloną korą i nawozem. Poczekać na mech. Kiedy wyrosną grzyby, zebrać i wyeksponować. Resztę zalać betonem, uzbroić i położyć dywan. Zasypać cukrem. Stopić niebieskim płomieniem. Uderzyć łyżeczką. Muzyka przyjmie na siebie wiele. Więcej i więcej warstw pokrywa ważne powierzchnie muzyki. Na peryferiach muł pozostaje miękki i chłodny. Wciągający i nieprzejrzysty. Masujący i rozluźniający. Zdradliwy. Dostępny.

Nieważne: Ślina

Śpiew wymaga śliny. Zanim głos wydostanie się z ciała, pokonuje mokrą drogę. Śliną pokryta jest krtań, fałdy głosowe, głośnia, ściany gardła, jama ust, język, policzki, podniebienie miękkie i twarde, zęby, dziąsła, wargi. Mokre jest środowisko płuc i oskrzeli. Tkanki pokrywające narządy zaangażowane w tworzenie głosu chcą pozostać wilgotne. Osłaniająca je warstwa śluzu dba o ich bezpieczną pracę i chroni ciało, którego nie pokrywa skóra. Praca oddechu w drodze z ciała na zewnątrz wystawia na próbę śluz pokrywający mijane powierzchnie. Pomiędzy długimi fazami wydechów wyznaczanych przez śpiewane frazy pozostaje niewiele czasu na wdech. Wydostając się z powrotem na zewnątrz, nadźwięczone powietrze jest głosem i parą. Czasami staje się nośnikiem wilgoci większej niż ta, którą widać po przybliżeniu ust do powierzchni szyby. Mogą to być drobne krople śliny lub bardziej obfite treści mimowolnych opluć wynikających z gwałtownych artykulacji. Wszystkie zawierają w sobie wydzieliny ślinianek i innych gruczołów, przesięk surowicy krwi, płyn dziąsłowy, resztki pokarmu, złuszczony nabłonek, komórki układu odpornościowego, bakterie, wirusy, grzyby. Wszytko, co ślina z sobą niesie, leży w naturze głosu, którym ciało przedłuża się w kierunku słuchacza.

Dzieło, które powstaje w umyśle twórcy (wewnątrz), wydostaje się z otwartych lub otwierających się na słuchacza jam ciała wykonawcy (na zewnątrz). Dystans pomiędzy uszami jednych, a ustami drugich jest wystarczająco duży, żeby praca głosu na wilgotnych powierzchniach wnętrza organizmu stała się niedosłyszanym produktem wykonania. Jedynie bliskość ust, z których wydobywa się śpiew pozwala dojść do głosu estetyce produkcji dźwięków ciałem. Z bliska słychać lepkie odklejania się od siebie dwóch wilgotnych powierzchni, głuche stuknięcia przełknięć. Widać rozprysk kropel wyrzucanych podczas artykulacji i poczuć ciepłą wilgoć wydychanej pary. Mokre przedłużenie ciała sięga parą nie dalej niż na kilka centymetrów od ust, na kilkanaście centymetrów drobniejszymi kroplami i może na metr, kiedy kilka większych kropel śliny zabiera ze sobą pęd wydychanego powietrza. Już kilka metrów dalej od ust estetykę produkcji głosu wypiera estetyka śpiewu, której nie spuszcza się z uszu. Od dźwięków będących produktem ubocznym ukrytego w ciele mechanizmu odwraca się słuch, jak odwraca się wzrok od tego, co budzi obrzydzenie lub tego, co nieważne.

Reżyserzy dźwięku, aby udoskonalić nagranie głosu - osuszają je ze śliny. Dbają o to, żeby finalny produkt pracy muzyki na ciele był jak pestka oczyszczona ze śladów owocu, z którego została wyjęta. Pomagają utrzymać ślinę w odpowiednim miejscu i w bezpiecznej odległości od uszu, przesuwając wgłąb ciała granicę pomiędzy dźwiękami, które mają pozostać wewnątrz, a tymi, które dzieło legitymizuje do wydostawania się na zewnątrz. Podczas wykonania ślina napływa do ust i dźwięk głosu napływa do ust, aż dźwięk wylewa się z ust, często razem ze śliną. Kiedy ścisłe następstwo fraz nie pozwala przełknąć śliny, wilgoć błyszczy na wargach i czasem małą strużką wydostaje się na brodę. Dystans pomiędzy sceną a widownią chroni publiczność przed widokiem, który w innych okolicznościach powodowałby skurcz zażenowania. Spieniona kropla śliny Eliny Garancy wykonującej finał arii Charlotty z opery Werther Jules Masseneta pięknie lśni na słowach „…tu frémiras!..”- zadrżysz ze strachu (https://www.youtube.com/watch?v=qpRTQ8tBeIo). Przeciekanie, ulewanie się, przesiąkanie śliny wywołuje strach przed utratą kontroli nad granicami ciała i wskazuje na miejsce, któremu muzyka odbiera szczelność. Strasznie (Unheimlich) piękne (schön) miejsce (https://www.youtube.com/watch?v=sYVQbqadLpQ).

Nieważne: Alkohol

Problem. Tabu. Skandal. Süddeutsche Zeitung: Temat skrywany, unikany, wstydliwy, groźny. Zjawisko dotyka największych orkiestr. Plaga. The Guardian: Okazuje się, że problem wśród profesjonalnych muzyków jest dojrzały. Dojrzewa od kilkuset lat. Środowiskowe przyzwolenie. Nieetyczne zachowania. Proceder szeroko rozpoznany w kręgu muzyków, ale ledwo dyskutowany. Frankfurter Allgemeine Zeitung: Standardowa praktyka radzenia sobie ze stresem w profesjonalnych orkiestrach. Brak poważnych badań dostarczających danych na temat skali zjawiska. Brak zrozumienia dla spektrum złożoności problemu. Chi-chi Nwanoku, kontrabasista Orchestra of the Age of Enlightenment: Podczas Festiwalu w Glyndebourne kolega pod pił i jadł miętówki, żeby zakamuflować zapach alkoholu. Jego gra pogarszała się. Chi-chi Nwanoku próbował go kryć. Berliner Zeitung: Jeden na czterech Filharmoników choć raz pojawił się na podium będąc pod wpływem alkoholu. Według badań, żeby rozładować hormon stresu nagromadzony podczas występu, muzycy musieliby obiec dookoła trzy razy budynek berlińskiego Konzerthaus, co daje dystans około 1,7 km. Po wykonaniu Drugiej Symfonii Gustawa Mahlera instrumentaliści, soliści i chór, we frakach i sukniach biegiem okrążają monumentalny gmach. Specjalne barierki odgradzają ich od przechodniów i fanów. Krzepiący widok. Zdrowe rozwiązanie. Nie to, co wspólne picie wina po koncercie w kantynie. Patologia. Wstyd. Przymrużone oko środowiska. Rysa na aurze szlachetności. Der Spiegel: Obciążenia psychiczne należą do największego ryzyka zawodowego muzyków. Winą obarcza się asocjalne godziny pracy, stres i presję, weekendy na służbie, niskie płace. Wina rozlewa się po wielu aspektach życia zawodowego profesjonalnego muzyka. Wiolonczelista: Alkohol nie jest rozwiązaniem? Ale ja nie mam problemów. Tylne drzwi Filharmonii to nie drzwi do pubu, do knajpy, do meliny. To wyjątkowe drzwi, drzwi dla wybranych, wybitnych, szczęśliwych.

Używasz innych drzwi. Frontowych, potężnych, ciężkich, drewnianych, zdobionych. Może musisz pokonać kilka schodków, marmurowych, z piaskowca, granitu. Minąć rzeźbę, popiersie, postument z wyrytym nazwiskiem. Na przykład Ludwig van Beethoven. Na szczęście marskość wątroby się nie uwidacznia. Może Mozart. Na szczęście bez szklaneczki ponczu. Liszt. Oczywiście bez butelki koniaku. Podążasz za strzałkami w kierunku szatni, lub nie musisz patrzeć na eleganckie piktogramy, żeby trafić w każde miejsce we właściwej kolejności, w praktycznym porządku. Na spokojnie. Zdjąć odzienie, rozgościć się. Po domowemu, pod dachem. Obcasem po parkiecie kierujesz kroki w stronę sali, w wygodne miejsce. Mijasz bar, zaułek sprzedaży wina, niszę z elegancką stacją trunków i profesjonalną obsługą w biało czarnych mundurkach. Wino jest na miejscu, bardzo po drodze do muzyki. Tradycja legitymizuje, kultura przyzwala, socjalizacja podpowiada, atmosfera zachęca. Jeśli po drodze na koncert zabrakło czasu, możesz zaraz w przerwie stanąć w kolejce i wprawić się w lepszy nastrój na to, co po przerwie. Lampka wina, flecik prosecco. Mały rytuał. Niech wieczór się dokona, dopełni. W towarzystwie, z przyjemnością, na luzie, jaki to relaks, kulturalnie, na miejscu. Plop, psst. Komentarz użytkownika Pentamus w dyskusji Granie na klarnecie i nadużywanie alkoholu na stronie The Clarinet Board: Jak to się dzieje, że klarneciści mogą pić spore ilości alkoholu przed koncertem i grać wybitnie? Bob: Wybitni klarneciści tego nie robią. William: Zgadzam się z tym, co pisze Bob!!! W rzeczywistości prawda jest odwrotna - im więcej alkoholu spożyje publiczność, tym ja gram wybitniej.

Maria Callas: Do Fernet-Branca (włoskiego, czterdziestoprocentowego digestivo) dodaję skruszony lód i garść świeżych liści mięty. To część rutynowego przygotowania do występu - lód koi gardło, mięta je dezynfekuje a mirra uspokaja żołądek regulując przepływ treści pokarmowej do dwunastnicy. Pełen profesjonalizm. Marka Fernet-Branca wypuściła na rynek w 1963 roku odmianę digestivo o nazwie Branca Menta. Szkoda, że nie Callas Branca. Albo Fernet Callas. Albo Maria Menta Callas Branca. Problem? Tabu? Skandal?

Nieważne: Przemoc

W strefie wzmożonych działań świątecznych powietrze gęste jest od melodii, które trafiają prosto w głowę. Trafiają tak, jakby im się głowa należała i szybko po tym, jak trafią, głowa do nich rzeczywiście należy. Melodia może się głowie nie podobać i głowa ma prawo nie lubić się z trafiającą w nią melodią. Taki stan relacji może utrzymywać się przez wiele lat, bo głowa przeważnie z melodią zna się nie od dziś. Głowa się buntuje, wyraża zdenerwowanie, okazuje zniecierpliwienie. To melodii nie przeszkadza. Trafiając, melodia omija zasieki preferencji, przyzwyczajeń, braku poważania. Odrobina nieuwagi zapewnia trafienie. Melodia nie potrzebuje odkrywać wszystkich swoich dźwięków, wystarczy kilka i już może zostawić głowę sobie samej. W rutynowych działaniach, przy rozproszonej uwadze, drobnej dekoncentracji i rozkojarzeniu, tak łatwo przychodzącym z końcem roku i całkowicie zrozumiałym w natłoku bożonarodzeniowej magii, melodia akompaniuje głowie w formie pętli, która według naukowców trwa od 15 do 30 sekund. Nawet przy silnym obłożeniu kluczowych funkcji głowy działaniami świątecznymi, do dyspozycji melodii pozostaje obrotne miejsce, którego praca polega na powtarzaniu melodii w kółko. Powtórki nie dostarczają głowie stymulujących bodźców, nie ingerują w małe czynności, nie dają się uciszyć dużym, nie kooperują z okolicznościami, nastrojem i wolą. Melodia brzmi z pamięci tym, co już znane na pamięć. Nawet jeśli nie przypisuje się jej wagi klinicznej, staje się od kilku lat coraz częstszym obiektem zainteresowań naukowców. Psychologia eksperymentalna i neuropsychologia badają system pamięciowy i sieć mechanizmów odpowiedzialnych za produkcję i utrzymywanie się powtarzającego fragmentu melodii w obiegu myślowym. Technologię samoodtwarzania się muzycznych zasobów pamięci naukowcy określają jako zjawisko popularne i normalne. Na pytanie, czy mimowolne słyszenie muzyki ma znaczącą dla psychiki funkcję, nie ma jeszcze odpowiedzi. Muzyka słyszana tylko w głowie na pewno nie liczy się jak ta słyszana naprawdę, z prawdziwego głośnika, z żywego instrumentu. Jest zjawiskiem wtórnym, dotyczącym 98% badanych i pozbawionym wagi przypisywanej faktycznemu słyszeniu,

Grudniowe powietrze wokół telewizorów i radioodbiorników jest dla głowy wyjątkowo niebezpieczne. Transmisja telewizyjna koncertu z kościoła emituje w domach program muzyczny o ogromnym potencjale trafień. Melodie docierają z salonów do zaparowanych kuchni i pokojów, w których pakowane są prezenty. Trafiają też w też tych, którym wydaje się, że koncertu nie słuchają, bo są czymś poważnie zajęci. Jeśli melodia nie odtworzy się w głowie od razu, bardzo możliwe, że wróci niespodziewanie pod wieczór, kiedy głowa jest przemęczona i uległa. Gra w rosyjską ruletkę z radioodbiornikiem auta stojącego w tradycyjnych komunikacyjnych przestojach kończy się jednym z najbardziej dotkliwych trafień do słów last Christmas I gave You my heart. Po głowie. Ucieczkowa zmiana stacji kończy się niezwykle celnym all I want for christmas is You! Melodia chce na święta tylko Ciebie. Przestrzenie handlowe przypuszczają na głowy konsumentów obliczony na przychód atak. Z głośników w stronę kupujących wycelowane są coraz bliżej święta, coraz bliżej święta, coraz bliżej święta. Nucąc samodzielnie, coraz bliżej święta, głowy pchają litry w koszykach do kasy. Czasami melodia trafia głowę podstępem, bo bezdźwięcznie. Głowa nabiera się na quiz, zagadkę lub rebus. Na przykład jeśli ma dokończyć wers: Wśród nocnej ciszy głos się… lub kiedy ma wykazać się znajomością treści słów do melodii: Na czym grano skocznie dzieciąteczku? Co truchleje w Boże Narodzenie? A. piernik B. moc C. karp. Niewiele bardziej szlachetnie trafia głowę bachowskie Jauchzet, frohlocket! Jauchzet, frohlocket! Co raz usłyszy głowa w świątecznej atmosferze, o tym będzie sobie przypominać co roku. Jauchzet, Frohlocket! Genialna trafność motywu pięciu dźwięków śpiewanych przez chór w oktawach. Cieszmy się, świętujmy.

Nieważne: Menstruacja

Plemię Enga zamieszkuje Papuę Nową Gwineę. Jego populację szacuje się na około 295 tysięcy przedstawicieli. Większa część obszaru zamieszkiwanego przez plemię Enga położona jest powyżej 2000 m.n.p.m. Dialekty języka Enga to Laiagam na zachodzie i Wapenamanda na wschodzie. Enga boją się krwi menstruacyjnej kobiet. Wierzą, że kontakt z krwią lub z kobietą w trakcie menstruacji, wywołuje u mężczyzn chorobę i przewlekłe wymioty, „zabija” jego krew, która zmienia barwę na czarną, niszczy jego siły witalne, powoduje zwiotczenie skóry, osłabienie ciała, spadek sprawności umysłowej i w efekcie prowadzi do powolnej śmierci.

Plemię Lele, nazywane również Bashilele lub Usilele zamieszkuje Demokratyczną Republikę Konga. Obecnie w Kongo żyje około 30 tysięcy przedstawicieli Lele. Zasiedlają tereny wzdłuż brzegów rzek Kasai Kwa i Kwilu, które stanowią habitat wielu gatunków zwierząt zagrożonych wymarciem - szympansa zwyczajnego, goryla zachodniego, bonobo, okapi leśnego, białego nosorożca. Menstruujące kobiety plemienia Lele nie mogą gotować dla swoich mężów posiłków, ani zajmować się paleniskiem. Wyjątek stanowi choroba męża, kiedy mimo menstruacji kobieta może zajmować się przygotowywaniem jedzenia. Jednak jeśli wymagałoby to zbliżenia się do ognia, musiałaby zwrócić się o pomoc do zaprzyjaźnionej osoby.

Jedną z największych grup etnicznych wschodniej Afryki są Nuerowie. Zaliczani są do plemion nilockich i zamieszkują Sudan Południowy oraz zachodnią Etiopię. Do lat ’30 XX wieku pozostawali poza wpływem kultury europejskiej. Największą symboliczną, religijną i ekonomiczną wartość dla plemienia ma hodowane przez nich bydło. Dziewczynki z plemienia Nuerów otrzymują imiona krów, które mają obowiązek doić. Nuerowie chronią swoje bydło przed kontaktem z kobietami w trakcie menstruacji.

Bibliografia:

Douglas, M. (1966). Purity and Danger: An Analysis of Concepts of Pollution and Taboo.
Routledge and Keegan Paul.

Prowadzone od lat ’80 XX wieku badania wpływu poszczególnych faz cyklu menstruacyjnego na kondycję wokalną śpiewaczek operowych wykazały negatywne zmiany jakości dźwięku, barwy, kontroli intonacji i wibrata, zakresu skali oraz wydajności i wytrzymałości fonacyjnej podczas wykonywania pracy zawodowej. Wyniki badań przyczyniły się do wprowadzenia w kontraktach zawieranych pomiędzy śpiewaczką a teatrem operowym klauzuli pozwalającej artystce na zaniechanie wykonywania obowiązków zawodowych przez wskazane trzy dni w miesiącu. Zapis funkcjonuje pod nazwą „respect days” (respect: szacunek, poważanie, respekt), jednak można spotkać się również z nazwą „grace days” (grace: łaska, ulga).

Bibliografia:

Abitbol, J., Brux, J., Millot, G., Masson, M. F., Mimoun, O. L., Pau, H., & Abitbol, B. (1989).
Does a hormonal vocal cord cycle exist in women? Study of vocal premenstrual syndrome in voice performers by videoscopy-glottography and citology on 38 women. Journal of Voice, 3:2, 157-162.

Bonnette, A. M. (2007). Effects of the menstrual cycle on the vibratory characteristics of the vocal folds (Unpublished master’s thesis). Louisiana State University, Louisiana.

Brodnitz, F.S. (1971). Hormones and the human voice. Bulletin of the New York Academy of Medicine. 47:2, 183-191.

Chae, S.W. et al. (2001). Clinical analysis of voice change as a parameter of premenstrual syndrome. Journal of Voice. 15:2, 278-283.

Chernobelsky, S. (1998). Effect of the menstrual cycle on laryngeal muscle tension of singers and nonsingers. Log Phon Vocol. 23, 128-132.

Davis, C.B., & Davis, M.L. (1993). The effects of premenstrual syndrome (pms) on the female singer. Journal of Voice. 7:4, 337-353.

Guerreiro, S. (2011). The Female Singing Voice: Perceived Changes During the Menstral Cycle. Rhode Island College.

Higgins, M.B. & Saxman, J.H. (1989). Variations in vocal frequency perturbation across the menstrual cycle. Journal of Voice. 3:3, 233-243.

Hoover, C. A. (1991).The singing voice: Effects of the menstrual cycle (Unpublished doctoral dissertation). Ohio State University, Ohio.

Meurer, E. M, Garcez, V, von Eye Corleta, H, & Capp, E. (2009). Menstrual cycle influences on voice and speech in adolescent females. Journal of Voice 23:1, 109-113.

Pipitone, R. N, & Gallup Jr., G. (2008). Women’s voice attractiveness varies across the menstrual cycle. New York: Elsevier, Inc.

Ryan, M., & Kenny, D.T. (2009). Perceived effects of the menstrual cycle on young Female singers in the western classical tradition. Journal of Voice 23:1, 99-108.

Tarman, S. & Imamoglu O. (2008). Effects of menstruation on singing performance. Turkish Journal Music Education. 1:1, 12-20.

Tarman, S. & Imamoglu O. (2008). Effects of menstruation on singing performance. Turkish Journal Music Education. 1:1, 12-20.

Nieważne: Ludzie

Wiadomo, że on wie. Zaskoczenia nie ma. Co sobie pomyślał, to jego i tchnie z niego wiedza jak na wiosnę zapach z ziemi, kiedy tylko ziemia dostanie odrobinę wilgoci. Na wiosnę z ziemi potrafi tchnąć nieelegancko, ale z niego, jak już tchnie, to tchnie kulturalnie, bo w kontaktach towarzyskich, a środowisko jest sztuką. Dobór słów ten sam, a jednak ton wypowiedzi inny. Na taki ton jest się wyczulonym bo lata kształcenia indywidualnego do słuchania tonów dają też taką smykałkę, taki radar i wrażliwe narzędzia do odbioru tonu wyczuwalnie skierowanego na bakier. Nie da się przesłyszeć, kiedy ton staje się nieharmonijny i stoi w niezgodzie. Nagle robi się tak chłodno, że pozdrawiam serdecznie. Nie ma się co dziwić. Kiedy się znali były wspólne trasy, jednym autem na wakacje w przemiłej grupie, też z nimi, wiadomo kim, którzy nadal trzymają bez dwóch zdań z nią i mimo wiedzy ich zdania pozostały bez zmian. Kiedy wszyscy jechali razem nie było mowy o muzyce, to znaczy o pracy, za to o muzyce i o tym, czy się w domu jadło ziemniaki ze zsiadłym mlekiem, czy się nie jadło. Teraz, po tym, czego się dowiedział od tej, która mogła nie pisać, ale przez wzgląd na sprawę, przecież powinna była i napisała w tonie, który wskazywałby na to, że już nie jest tak samo, jak wtedy, kiedy jechali razem, tonie wskazującym na zmianę, na jakiś wypadek, korek na trasie, jakieś utrudnienia, zator, może spowodowany błędem, który zdarza się, kiedy się zagapisz bo się tak dobrze jedzie i podziwiasz widoki i pogodę, po prostu chcesz jechać dalej swoją drogą i nagle ktoś przed tobą nie wiadomo dlaczego hamuje i jak już wysiądziecie z samochodów to powie ci, że coś przebiegło lub przefrunęło, mogłeś nie widzieć, a trzeba było zareagować i ty nie spodziewając się, zaabsorbowany swoją drogą to znaczy swoją wizją, misją, pracą, pasją, wjeżdżasz w tylną część i nie daj boże, jeśli komuś torowałeś drogę i ten również tak dobrze się czuł w swojej trasie, to najpewniej wjechał i tobie w tylną część, więc trzeba wysiąść z tych aut i dochodzi do konfrontacji i serca wyskoczyłyby z piersi i są już prawie na wierzchu, albo wysoko, prawie w gardle, jednak nikt z serca nic nie powie, bo prawda jest taka, że nic nie przebiegło i nic nie przeleciało, tylko pojawiły się stare koleiny albo wertepy, więc nie było co nadwyrężać układów jezdnych auta, które przecież nie jeździ z prywatnych pieniędzy i trzeba o te układy dbać i ostrożnie się poruszać, nie szafować i nie narażać jazdy na szwank i niepotrzebne usterki i fakt pozostaje faktem, że jechało ci się za dobrze i myślałeś, że możesz przyszarżować i wydawało ci się, że jesteś na drodze sam, a nie jesteś, za to jest karambol. Chcesz jak najszybciej wrócić do auta, ale przyjemność z jazdy już nie jest ta sama i nie wróci, przynajmniej nie na tej trasie. Spotkacie się naprawiać auta w tym samym warsztacie i ubytki lakieru można próbować uzupełniać, ale trudno dobrać tę samą barwę, ten sam ton, co kiedyś. Dowieziecie co trzeba na miejsce, dostarczycie i nikt nie powie, że nie, ale dalej pojedziesz już inaczej bo już nie jesteś bezwypadkowy i trzeba mieć ograniczone zaufanie i do siebie i też do Ciebie, jak się z Tobą jedzie. Wcześniej drogi były wspaniałe, a teraz wiadomo, że zazwyczaj gdzieś musi być korek, roboty drogowe, przebudowy, czarne punkty, ruchy wahadłowe, gdzieś dają obiad, ale wiadomo, że lepiej z tej kuchni nie kosztować. A jeździć trzeba. Wystarczy zacząć po drodze nastawiać uszu, a usłyszy się o utrudnieniach i dowie o tym, gdzie można się wybrać w trasę i z kim, ale jakim kosztem. Kto lubi słuchać uśmiecha się pod nosem i mówi: czyli to prawda, można się było domyślić. Ktoś inny przenosi ciężar ciała do przodu podnosząc brwi ze słowami, a ty się dziwisz, że po tym, jak zobaczyła, że on z nią jechał? Przecież nawet sobie nie podali rąk i pytanie, o to gdzie się jedzie było takie zdawkowe, nieważne. Pewnie, że w takich sytuacjach bycie człowiekiem jest trudne. Z drugiej strony mógłby się zreflektować bo przecież mówiąc to mogła nie wiedzieć, co było na prawdę i mogli jej to powiedzieć ci, co widzieli, a wiadomo, że zawsze jest kilka spraw po drodze. Dodatkowo zna tę, która jest z tego znana i tak dalej.

Nieważne: Teatro di San Carlo

Nie trzeba przystawać, żeby słuchać. Nie trzeba przechodzić na drugą stronę ulicy, jeśli nie chce się słuchać lub przemykać obok z mieszanymi uczuciami pretensji i urazy z powodu niechcianych wymagań stawianych własnemu czasowi i portfelowi. Nie trzeba decydować, że odmawia się zapłaty za występ, bo się nie spodobało. Nie trzeba decydować o wynagrodzeniu, jeśli się podobało. Nie trzeba się zastanawiać, czy warto rejestrować telefonem na wypadek gdyby to był taki Joshua Bell. Gdyby przypadkiem było tak, że można za darmo dostać to, za co niewielu wiedzących zapłaciłoby wiele. Nie trzeba zastanawiać się, czy bez ceny i bez ramy podoba się tak samo, jak podobałoby się wycenione w ramie. Nie trzeba wiedzieć, czy umie się rozpoznać wartość i jakość. Wiedzieć, że to piękno, dobro lub prawda. Na czymkolwiek by komukolwiek zależało. Nie trzeba się zastanawiać, czy w ogóle dysponuje się czasem na zastanawianie. Czy ma się ochotę na słuchanie. Czy akurat tego, tej, tych, teraz i właśnie tutaj. Nie trzeba, bo głos przychodzi z ulicy za piętnaście czwarta w nocy prosto do łóżka. Odseparowuje się od nocnej ciszy i ją sobą przejmuje. Dobiega z ulicy, trafia do bassi, mieszkań położonych na tym samym poziomie, co ulica, z której dobiega i biegnie wyżej, wyżej, aż na czwarte piętro mieszkań ciasnej, starej zabudowy o grubych ścianach, które mimo swej grubości nie stanowią dla głosu przeszkody, bo w nocy okna mieszkań są otwarte. Otwartymi oknami głos dostaje się do wnętrz i odbija od ścian, tak samo, jak odbija się od budynków na zewnątrz, dalej w dół, i od samej ulicy, z której dochodzi. Mimo, iż ulic jest wiele, a zabudowa sięga wysoko, głosu starcza na wypełnienie wielu stojących dla niego otworem okiem. Głos dobiega tych, którzy jeszcze śpią, a zaraz nie będą i tych, którzy już nie śpią. Dobiega bez ramy występu i zwalnia z tego, do czego słuchanie głosu występującego na ulicy zobowiązuje. Nie trzeba znajdować luki w półkolu stojących, można dalej leżeć. Przerwy nie stawiają okolicy przed decyzją o oddaleniu się z miejsca słuchania, bo stamtąd, gdzie zastał okolice głos, nigdzie się nikt nie wybierał. Cisza wstrzymuje oddechy i łapie leżących za gardło w jeszcze większym bezruchu. Głos występujący w nocy jest jedyny w okolicy i nie daje się przesłyszeć z żadnym innym bo w żadnym nie ma konkurencji. Wychodzi z ulicy i wchodzi oknami do łóżek. Jest kobiecy i jest na granicy załamania się pod ciężarem, jaki nakłada na niego akurat ta noc. Przeczucie bliskiego załamania nie wynika ani z przekraczania osiągalnej dla głosu wysokości, ani wychodzenia poza możliwy wolumen. Jeśli piszczenie to głos, który brzmi wysoko, to głos nie piszczy i jeśli krzyk to głos, który jest głośno, to ten głos nie krzyczy. Mógłby głośniej i mógłby wyżej, ale jest ponad to. Do głosu z czasem dołączają inne, ze słyszalną intencją uciszania, przywoływania do porządku, skarcenia lub zaznaczenia własnej obecności. Kiedy ktoś próbuje powstrzymać głos, dają się rozpoznać słowa lasciatemi i vattene, co znaczy zostawcie mnie i idźcie sobie. Wtedy głos nie dostaje pełni sił oddechu bo musi się oddechem podzielić z rzutem o ścianę czymś pod ręką albo z ruchem wyrywania się z rąk osób, które starają się obudzić w głosie posłuszeństwo. Głos z czasem przemieszcza się, a okolica słucha tak długo, jak długo głos jest w okolicy. Odprowadza słuchających do snu bez ukłonów i bez oklasków. Na drugi dzień nie okaże się, że był to głos wybitny, jeden z niewielu na świecie, który wykonał zaledwie kilka dni wcześniej utwory liczące kilkaset lat, na deskach jednej z najważniejszych sal koncertowych, podczas koncertu, który wysłuchało kilkaset wyjątkowych nabywców biletów za tak dużo pieniędzy. Nikt nie zapyta, czy w banalnych okolicznościach piękno ma szansę zaistnieć i nikt nie opublikuje tego pytania na łamach The Washington Post, żeby później odebrać Nagrodę Pulitzera w kategorii Feature Writing. Nikt w okolicy nie zada sobie pytania, czy jeśli nie mamy czasu na to, żeby zatrzymać się i doświadczać piękna, to na co mamy czas? Nikt nie zacznie zamykać na noc okien.

Nieważne: Znak

Niestandardowa notacja muzyczna jest wspaniała od pierwszego wejrzenia. Oby na zawsze pozostała taka w oczach wykonawców. Szlachetna otwartość znaku od ponad pół wieku gości w sobie całą rozpiętość technik rozszerzonych i rozrastającą się ponad podziały na dziedziny sztuki wrażliwość i kreatywność, które trudno pomieścić między pięcioma liniami. Oby w obliczu znaku niestandardowej notacji muzycznej wykonawca nigdy nie wahał się sięgnąć do pamięci dzieciństwa, historii odurzeń alkoholowych, zabaw z jedzeniem, zabaw w doktora, talentów sportowych, doświadczeń z nocnej trasy pks’em przez Polskę. Wszystko, co nie pasuje do ilustracji hasła notacja muzyczna z pierwszego wydania Słowniczka Muzycznego Jerzego Habeli z 1958 roku niech niezmiennie wywołuje w wykonawcy stupor - osłupienie objawiające się bezruchem, milczeniem i niereagowaniem na bodźce przy jednoczesnym zachowaniu przytomności, która może jednak pozostawać lekko przymglona. Wzrok utkwiony w jedno miejsce, którym będzie znak niestandardowej notacji muzycznej. Niech taki efekt ma zaproszenie do twórczości. Podczas kiedy znak standardowej notacji muzycznej za sprawą pamięci tradycji i praktyki wykonawczej, w ułamku sekundy wywołuje pamięć dźwięku, który oznacza też obraz instrumentu z ruchem gry na nim, na przykład fortepianu, a więc całkiem konkretnego kształtu i zestawu kolorów, brzmienia, jakim je znamy, rodzaju artykulacji i dynamiki z wahaniami, które nie przekraczają granic przyzwoitości standardowego wykonania, tak niestandardowa notacja muzyczna działa cicho jak komenda szukaj obrazu w internetowej przeglądarce. Wypróbowana na grafice ze 111 strony partytury "Traktatu" Corneliusa Cardew podsuwa wynik w postaci obrazu podobnego wizualnie czyli zdjęcia przedstawiającego Air Conditioner 69202: Garrison Ductless Mini-Split Heat Pump, Indoor Air Handler. Strona 93 tej samej partytury jest podobna wizualnie do projektu sofy firmy B&B Italia model AD370AD, strona 149 do Blade of Olympus Line Art V.2 by Debochira on Deviant Art, a strona 2 do ilustracji rozrusznika serca na jednym ze slajdów wykładu dr. Aliego Muzaffara zatytułowanego "Pacemakers: Some Basic and Some Not-So-Basic Concepts". Plan architektoniczny salonu fryzjerskiego, opublikowany na stronie www.archdaily.com 12 marca 2015 jest paralelą do partytury Projection 1 Mortona Feldmana na wiolonczelę solo z roku 1950 roku, Impossible music #9 Alberta Bernal od kilku tygodni ma twarz Kim Dzong Una, a wykres ukazujący poziom odczuwanego strachu w stosunku do realnych zagrożeń współczesnego świata ma te same kształty co partytura "Picnic" Cilly McQueen na skrzypce, obój i gitarę basową. W czasach, kiedy w wykonawstwie muzyki współczesnej powszednieją kombinezony kosmonautów, czarny lateks, mikrofony we włosach, sterowniki skurczu uda i potrząsanie kablami w świetle reflektorów, niestandardowa notacja muzyczna może niezmiennie wprawiać w osłupienie. Wystarczy przy całej jej gościnności zamieszkać w niej całym sobą i usłyszeć, co ma się do wykonania.

Współczesny kompozytor zamówił u wykonawcy realizację partytury, która składała się z jednego znaku niestandardowej notacji muzycznej. Wykonawca długo patrzył na znak, aż stał się gotowy do wykonania. Po wysłuchaniu utworu, kompozytor zwrócił się do wykonawcy z uwagą, że nie wyobrażał sobie, żeby jego partytura mogła tak zabrzmieć. Wykonawca, zaproponował ponowne wysłuchanie utworu. Po skończeniu utworu wskazał na znak i zwrócił się do kompozytora z uwagą, że nie wyobrażał sobie, żeby jego wykonanie mogło tak wyglądać.